No to sruuu | Plemiona północnej Tajlandii
14899
single,single-post,postid-14899,single-format-gallery,ajax_updown_fade,page_not_loaded,,show_loading_animation,wpb-js-composer js-comp-ver-4.11.2.1,vc_responsive
  • Szkoła dla dzieci z rezerwatu
  • tzw. Kobiety żyrafy
  • Oprócz obręczy na szyi zakładają je również na przeguby i pod kolanami

Plemiona północnej Tajlandii

Jesteśmy w Czang Maj, w północnej części kraju. Byczenie się na plaży się skończyło, zaczęliśmy misję poszukiwania plemion górskich w okolicach Czang Maju i Czang Raju. Każde biuro turystyczne, każdy najmniejszy hotelik oferował “wyprawę odkrywczą” do owych plemion. Ale jaka może to być wyprawa odkrywcza, skoro turyści są wożeni autobusami do tych “trudno-dostępnych” wiosek?

Podziękowaliśmy za wszystkie oferty i zdecydowaliśmy samodzielnie znaleźć te plemiona. Wypożyczyliśmy motóra, Yamahę 110cc na 5 dni i ruszyliśmy w drogę.

Tzw. Kobiety Żyrafy żyją w zoo... takim jakie oficjalnie nie powinno istnieć, takim dla ludzi.

Dzień 1. Piątek
Jamaszka zapakowana, ruszamy w góry w pobliżu samego miasta Cziang Maj. Droga była bardzo kręta, później była nadal kręta i nawierzchnia się skończyła. Dotarliśmy do wioseczki, w której mieszkaja Chrześcijanie (95% Tajów to Buddyści), było to plemię Hmong – tak naprawdę to byśmy o tym nie wiedzieli, gdyby nie spotkanie z pielgrzymką buddyjskich mnichów :-). Cała grupa mnichów była na 15 dniowej pieszej pielgrzymce przez góry aby budować świątynię w wioseczce, którą odwiedziliśmy. Świątynia ta jest budowana dla 6 rodzin. Robiło się późno, wiec ruszyliśmy bezdrożami spowrotem.

Dzień 2. Sobota
Dostaliśmy namiary na inna wioskę, w której mieszkają kobiety żyrafy (Long Neck tribe), więc sruuu jedziemy! Według narysowanej mapy to plemię powinno było się znajdować, w miejscu w którym się zatrzymaliśmy – lokalizacja wyglądała na niedostępną – szlaban na wjeździe na drogę, dziurawy mostek i pan z wściekłym psem na naszej drodze. Ten pan wskazał nam scieżkę, którą powinnismy pójść i tak też zrobiliśmy. Przeszliśmy przez kawałek dżungli – haszcze, bambusy, gorąc, po pół godziny stwierdziliśmy, że na pewno ten pan nas zmylił i powinniśmy pójść w przeciwnym kierunku. Zawróciliśmy i czmychneliśmy koło jego domu, starając się nie rozwścieczyć juz ujadających psów. Udało się nam przejść i dostaliśmy się na ścieżkę. Pomyśleliśmy to jest tu! Idziemy! Idziemy, idziemy, idziemy, pot się z nas leje, zero wiaterku, który by nas schłodził, tylko niezidentyfikowane ślady, odchody, wielkości słoniowych :). Zawracamy i wsiadamy na naszą brykę… 1km dalej widzimy bilbord z napisem jak byk: Long Neck Tribe Village…
Podjechaliśmy pod to miejsce i ku naszemu rozczarowaniu okazało się, że Ci ludzie są zamknięci w rezerwacie i wejściówka kosztuje całkiem sporo, więc ku naszej zasadzie aby nie sponsorować ludzkiego zoo, nie wchodzimy i zawracamy.

Dzień 3. Niedziela
Jesteśmy ok 40km do granicy z Birmą, w miejscowości Pa Pao. gdy wieczorem ok. 20 dojechaliśmy wszystkie sklepy i jadalnie były już pozamykane. Rano, głodni jak wilki wyjechaliśmy aby po drodze zatrzymać się na śniadanie ale Miasteczko wydawało się puste a z oddali tylko było słychać mszę z głośników. Podjechaliśmy zobaczyć jak wyglądają tutejsze msze i okazało się, że jest to msza ale buddyjska. Tego dnia obchodzono święto Buddy i wszyscy wierni byli ubrani na biało. Kobiety przed świątynia tańczyły, mężczyźni siedzieli w cieniu, a część ludzi była w pagodzie. Weszliśmy do środka, aby się rozejrzeć. Mnisi siedzieli na wyznaczonych ławach, po turecku, pogrążeni w medytacji, podano im herbatę w chińskich filiżankach. Trzymali oni sznurek, który rozpoczynał się w rękach posągu Buddy, później ten sznurek był rozciągnięty do wszystkich zgromadzonych, włącznie z nami. Gdy wszyscy trzymali jeden sznur rozpoczęły się “chanties”.
Na placu przed pagodą rozłożono wiele stoisk z różnymi daniami i zaproszono nas abyśmy się poczęstowali – nie pogardziliśmy! Jedzenia było dużo, co parę minut ktoś do nas podchodził i zadawał pytania, oczywiście po Tajsku, tylko szczerzyliśmy zęby i dziękowaliśmy za obiad.

Ida ma mango i nie chce mi dać!

Dzień 4. Poniedziałek
Znaleźliśmy kolejną wioskę, w której mieszkają górskie plemiona. Dowiedzieliśmy się, że wszystkie te plemiona mają status nielegalnych imigrantów i zapewne z tego powodu zostali przesiedleni do rezerwatów. Wioska, którą znajleźliśmy okazała się kolejnym skansenem. Zapewniono nas, że dochód z biletu wstępu jest przeznaczony na potrzeby jej mieszkańców, trochę niepewni ale kupiliśmy i weszliśmy do środka. Gdy tylko doszliśmy do pierwszych zabudowań, zobaczyliśmy panią w tradycyjnym stroju Arkha rąbiącą drewno – poczuliśmy się jakbyśmy oglądali eksponat w muzeum i schowaliśmy aparat. Kolejnie przechodziliśmy obok kramików z pamiątkami wykonanymi przez mieszkańców, panie sprzedające pośpiesznie ubierały swoje tradycyjne nakrycia głowy, sztucznie się uśmiechając zachęcały do kupienia torebeczek, breloczków i innych bubli.Przemykamy dosyć szybko pomiędzy kolejnymi domkami z bambusa, aż dochodzimy do kobiet żyraf. Widzimy pierwszą kobietę z 40 centymetrowym zwojem z mosiądzu na szyi i coś w tym było, byliśmy oboje zaciekawieni jej wyglądem i chcieliśmy nawiązać jakąś rozmowę, ale pani jak i poprzednie sprzedawczynie chiała abyśmy kupili pamiątki z jej stoiska. cała wioska to były drewniane chatki, gdzie na werandach siedziały kobiety i dziewczynki żyrafy sprzedające szaliki i figurki. Zobaczyliśmy też szkólkę, w której dzieci pilnie się uczyły – było to chyba jedyne miejsce na którym mieszkańcy byli skoncentrowani na swoim życiu, nie na zadowalaniu turystów.
“Human Zoo”, przykra sprawa

Tags:

No Comments

Leave a Comment