No to sruuu | Słone życie Boliwii
17011
single,single-post,postid-17011,single-format-gallery,ajax_updown_fade,page_not_loaded,,show_loading_animation,wpb-js-composer js-comp-ver-4.11.2.1,vc_responsive
  • Od soli w głowie się pie... ;-)
  • Wysuszone zarodki i małe alkapy. Przynosza szczęście, bynajmiej nie im!
  • Ciężarówka na Salarze, 1km? 5km? 25km? Hmmm
  • No to marzenie spełnione
  • Napaść!
  • Ida kręci baczki Kermitem na soli

Słone życie Boliwii

Wynaleźliśmy przejście graniczne Peru-Boliwia w miejscowości Copacabana, bardzo blisko jeziora Titicaca (najwyżej położone jezioro żeglugowe na świecie, 3 800 m.n.p.m). Było ono bardzo ciche, tak ciche, że pogranicznicy odzwyczaili się od obsługiwania kogokolwiek. Oficer po peruwiańskiej stronie musiał dokończyć grę komputerową (o, mają komputery!) by nas obsłużyć a pogranicznik po stronie boliwijskiej akurat rozpoczął bardzo ważną telekonferencję przez Internet(!), o czym poinformował nas przez okno… podejrzewamy, że była to jakaś gra online z pogranicznikiem, któremu przerwaliśmy po stronie Peru. Powiedział, żeby czekać 2 godziny.

Dochodziła godzina 19 i było ciemno jak w d… na przejściu jeden szlaban, jeden motor, jeden oficer (zajęty) i my. W powietrzu utrzymywała się groza (wiecie jak na thrillerze z Hollywood), jednak nie to było najstraszniejsze. Najstraszniejsza była mina Idy, pomieszanie znudzenia z wkurzeniem… przecież to moja rola psioczyć na oficjerów na tym przepięknym kontynencie. Jeśli Ida jest zła to sytuacja jest już daleko poza “jest nieciekawie”. Zdawało się, że ma już tego wszystkiego powyżej dziurek w nosie, czyli dobrze powyżej 3800 mnp! Obraliśmy ostateczną strategię na przyspieszenie czekania: pukamy do biura, koleżka otwiera, my buta miedzy drzwi i nie wyciągamy żeby nie wiem co dopóki nas nie obsłuży! Tak też zostaliśmy odprawieni po 1,5 godz. oczekiwania.

Jeszcze Pan Pograniczny życzliwie nas poinformował, że 3 km od przejścia znajduje się blokada drogi i lokalsi nikogo nie przepuszczają ni w lewo ni w prawo, wtedy Ida chciała go już zamordować! Z gazem pieprzowym i śrubokrętem krzyżakowym w ręku ruszyliśmy w drogę, innym wyjściem byłoby przechodzenie spowrotem do Peru przez granicę… więc nie było innego wyjścia. Jak się okazało blokady były nawet dwie, rozbite szkło, wywrotki piachu na drodze, strajkujący ludzie ale turystów puścili – “hay no problemo amigos”.

No nie da się zrobić krótkiego wpisu o Boliwii, będzie długi. Pierwsza bardzo interesująca sprawa dla podróżujących własnym transportem jest kwestia paliwa, otóż benzyna jest tania jak w innych krajach Ameryki. Ale: Hola! Hola! nie dla turystów! Turyści płacą prawie że potrójną stawkę. Mądry Polak (kombinator i zaradny w każdych warunkach) to se pomyśli, ale głupki raz dwa powiem, że ja mam motor lokalny i już taniej. Nie ma tak hop-siup, każdy jeden, kto tankuje jest rejestrowany w komputerze: imię nazwisko, rejestracja pojazdu i wszystko leci do centrali. Może nie być internetu w lokalnej bibliotece, albo i nawet biblioteki, ale każda stacja ma Internet i Państwo wszystko wie! Ba, rolnik z baniakiem na stacje przyjdzie to musi zostawić ksero dowodu osobistego!

Przepiękne miasto La Paz, Bolivia

Przepiękne miasto La Paz, Bolivia

Także początki jazdy były mało ciekawe, pierwsze kilometry były dosyć szokujące bo na północy o La Paz w ogóle odmówi nam sprzedaży paliwa i to w pięciu z rzędu stacjach. Paradoks: podjeżdżasz, masz pusty bak, masz pieniądza, a i tak nie sprzedadzą. Jednak los okazał się łaskawy i znaleźliśmy chętnego na łapówkę. Choć już od La Paz (stolicy administracyjnej) na południe trzeba było kombinować od każdej strony, a to z zaskoczenia, że zatankują i jak odjeżdżasz to się orientują jaką masz tablice, a to na rejestrację tego z przodu, a to na rejestracje tego z tyłu, a to mała łapówka ale prawie nikt nie jest skory żadnego dealu z nami zrobić. System naprawdę godny uwagi i UNESCO powinno się tym zainteresować. Boliwijczycy to by sobie w komunizmie nie poradzili 🙂

Samo La Paz, o tyle o ile omijaliśmy stolice większości krajów to La Paz to jest mus, całe pasmo zachodnie kraju znajduje się na ponad 3 500 m i w górę, tereny górzyste. La Paz to oczko tego regionu, różnica poziomu w mieście wynosi 700 m! Domek na domku, całe miasto zbudowane z jednego rodzaju cegły, 1000 bazarów i lokalna społeczność tworzy unikatową atmosferę. Jazda nawet wąskim motorem to nie lada wyzwanie, górki, góreczki niekończące się zakręty i korki, smród palonego sprzęgła, hamulców doprawia do tego wszystkiego. Genialne.

“Kopara opadła” kiedy wybraliśmy się na pokaz “Cholitas Wrestling” a mianowicie. Panie Boliwijki, po ciężkim poranku na polu, popołudniu na targu, usiłując sprzedać uprzednio wykopane plony, tuż po przewinięciu i nakarmieniu potomstwa wybierają sie na ring (Czwartki i Niedziele), idą walczyć, tak jest walczyć i to nie jak kobiety, jak spartanie! Wręcz, wnóż…i ciągając się za włosy. Nie ma to tamto, nie ma żadnych zasad. Jak już się wykręci przeciwniczką kilka salt, wyciąga za kudły obije głowę o narożnik to i jeszcze będzie czas żeby sędziemu ryj obić… i ręką i nogą i za fraki, i za ring. Wybierasz się do La Paz w Boliwii, wybierz się na “Cholitas Wrestling”!!!

Aaaaaa!

Na koniec pobytu w Boliwii zostawiliśmy sobie absolutną wisienkę na torcie, każdy słyszał o Salar de Uyuni w Boliwii, no ale zobaczyć…wrażenie jest niesamowite już z kilku kilometer robi ogromne wrażenie. To jakby widok horyzontu spotykającego się z ziemia, no ale to na ziemi a nie na niebie. To jakby lustro jeziora czy morza, no ale zbyt gęste. Trzeba się jak najszybciej na “tym czymś” znaleźć by zaspokoić ciekawość. No to gazu i suniemu. Wygląda jak ogromne lodowisko, ale to nie lód czy śnieg a warstwa czystej soli (warstwa ok 30 cm a może i więcej); gdzie horyzont nie sięga tam sól wszędzie sól, nic nie rośnie, nic nie żyje sama sól.

Zapadł zmrok, przespaliśmy się (a raczej przemarznęliśmy) we wsi na uboczu “Solnego jeziora” i rano czym prędzej po krótkiej inspekcji motoru, inwentaryzacji części zapasowych i narzędzi pojechaliśmy – Panie, pojedziesz pan w takiej jezioro solne, kapcia złapiesz to się prędzej zakonserwujesz niż ktoś pomoże. Po kontrolnym polizaniu nawierzchni tu i ówdzie suniemy w głąb. Jeden kilometr, sól wszędzie, drugi, trzeci, dziesiąty, piętnasty, wszędzie sól – niesamowite. Pół godziny jazdy, 50 km WSZĘDZIE sól nie dość, że nie widać końca w trzech kierunkach to po 50 kilometrze nawet nie wiesz skąd przyjechałeś. Setny kilometr: wszędzie sól. 150 km: o fuck ile soli. No i tak podobno jezioro jezioro ma długość 200 km i 100km szerokości, benzyny nie starczyło by sprawdzić. Salar de Uyuni to miejsce unikatowe w skali światowej, warto tu przylecieć tylko dla samego widoku. Ciężko to porównać do czego innego na świecie. Myślę, że gdyby zebrać wszystkie krowy Świata w Uyuni to by nie wylizały całej tej soli!!!

Na Salar wracaliśmy jeszcze trzykrotnie, zatrzymaliśmy się w okolicznym miasteczku marznąć co nocy (w tym okresie marznie się wszędzie w tym regionie, ogrzewanie centralne wciąż czeka na wynalezienie). Kermit potrzebował nowa tylną oponę, wygrzebaliśmy więc u Pana w sklepie z magazynu podczas jego nieobecności, jego późniejsza bulwersacja dała nam do myślenia, że opona nie jest na sprzedaż… ups.

Prawdobnie ostatnie zdjęcie Kermita, nawet Boliwijska Policji nie wie co się z nim stało (mam nadzieję...)

Prawdobnie ostatnie zdjęcie Kermita, nawet Boliwijska Policji nie wie co się z nim stało (mam nadzieję…)

 

Ida nie dała za wygraną, ostatnim tchem wykrzyczała do Pana: Panie, a całego Kermita Pan nie chcesz kupić jak opony nie chcesz sprzedać?! Takim to sposobem Kermit zrezygnował z życia podróżnika nawet się z nami nie żegnając zmusił nas do dalszej podróży autobusem…zdrajca!!!

 

1

Comment

Leave a Comment