No to sruuu | Rajd Nikaragua – Panama
16721
single,single-post,postid-16721,single-format-gallery,ajax_updown_fade,page_not_loaded,,show_loading_animation,wpb-js-composer js-comp-ver-4.11.2.1,vc_responsive
  • Wulkan Conception
  • Do odważnych świat należy
  • Wjazd na Ometepe w Nikaragui
  • Ostre pranie bałwanka
  • Wielkanoc

Rajd Nikaragua – Panama

Podróż z Ameryki Północnej do Południowej u większości podróżników, których spotkaliśmy na drodze wygląda podobnie. Ludzie spędzają wieki w Centralnej Ameryce, ale jak ich zapytać, jak im minął czas, np. w Kostaryce, czy Nikaragui to jest mało do powiedzenia, po prostu czas szybko leci, gdy się pokonuje takie odległości w gorącym klimacie. Nie inaczej było w naszym wypadku… Podróż szlakiem inków, starożytne budowle, trudno dostępne zakątki, bezludne wyspy, wulkany i kaniony, wszystko było fascynujące, ale… naprawdę chcemy by głównym punktem tej podróży była Ameryka Południowa. Stąd właśnie pobiliśmy nowy rekord przejechania 500 km na motorze jednego dnia, rozważając, że jedziemy jednocylindrowym motorem obładowanym od przodu do tyłu nie mając zorganizowanego spania, to było coś.

Najbardziej męczącym i czasochłonnym elementem podróży były jednak przejścia graniczne, na każde poświeciliśmy około jednego dnia a było ich 8! Dużo nerwów, stresu z bezsensownych powodów no i czekanie i jeszcze raz czekanie na stempel w paszporcie. Tak długo się czeka na papiery pozwalające na przejazd, że można zawrzeć nowe znajomości, tyle jest czasu na rozmowy z przyjaciółmi niedoli. Takim sposobem utworzyliśmy grupę na wspólne eksplorowanie kanionu Somoto w Nikaragui.

 

Przeprawa przez kanion Somoto w Nikaraguji

Płynięcie wpław wzdłuż rzek, skoki do przejrzystej i głębokiej wody, połączone ze spacerem środkiem 200m kanionu były idealnym rozwiązaniem na relaksację i rozładowanie adrenaliny po przejściu granicznym Honduras-Nikaragua. Co ciekawe, Kanion Somoto został odkryty dopiero w 2004 roku przez podróżników z Czech!

Zauważyliśmy, że jednak coraz więcej ludzi nie mówi po angielsku i nie rozumie gestykulacji, więc postanowiliśmy, że zostaniemy w jednym z miast trochę dłużej. Zawitaliśmy do Leon. Generalnie nigdy nie siedzimy w jednym miejscu dłużej niż 2-3 dni, ale Ida wzięła kilka lekcji hiszpańskiego, bo nie ma chyba lepszego miejsca na naukę języka w kraju w którym oficjalnie się tym językiem mówi.

Czarek doszedł do wniosków, że nauka to generalnie zbyt trudna sprawa, a języka tym bardziej. A poza tym co więcej trzeba wiedzieć po hiszpańsku niż to jak zamówić dwa piwa? Ile kosztuje benzyna? Dlaczego hostel taki drogi?

Mówiąc śpiewająco po hiszpańsku… ŻART! Odwiedziliśmy kolejną perełkę tego lądu. Wjechaliśmy do portu i czekaliśmy na prom na wyspę Ometepe… patrzymy, płynie! Trochę nim majta, ale… jakiś on mały czy oby na pewno się wszyscy zmieścimy?! Patrzymy bliżej a tam człek na człeku, ścisk i docisk. Spojrzeliśmy na siebie, jeszcze raz z niedowierzaniem na statek i stwierdziliśmy, że musimy się ryć na chama, bo zostaniemy na lądzie!

Prom na wyspę Ometepe - położona na największym jeziorze słodkowodnym na świecie

Widok wyspy z daleka, to jeden z ikonicznych widoków Ameryki Centralnej, 1600 metrowy dymiący się wulkan Conception i mniejszy Maderas otoczone wodą w 100% rekompensują strach przebywania na przeładowanym promie. Na szczęście była wystarczająca ilość kamizelek ratunkowych! Jezioro na którym jest Ometepe jest największym w Ameryce Centralnej, w którym żyją jedne z nielicznych rekinów słodkowodnych! Więc nie dość, że łajba ledwo zipie to jeszcze rekiny nas mogą zeżreć, ale było warto!

Wyspa jest niesamowita, zastanawialiśmy się czy może motor zostawić na lądzie, ale lokalne drogi na wyspie to raj dla motoru. Kręcenie ósemek między dwoma wulkanami po okolicznych wioskach, jedna na mapie nawet się nazywa La Polonia (!) w tym przejazd po pasie startowym lokalnego lotniska, co może być lepszego! Jednak wyjazd z wyspy okazał się nie lada wyczynem, jedyną osobą po naszej stronie była pani która sprzedała nam bilety na prom, kilkuosobowa załoga tak jak i policja twierdziła, że nasz motor na prom nie wjedzie, bo nie ma miejsca, choć czekaliśmy na niego w kolejce, przez 3 godziny. Nie pomagały żadne argumenty, nawet te, że tym samym motorem przypłynęliśmy, na tym samym promie i wcale nie jest on za duży, tylko ma przyczepione bagaże, które możemy ściągnąć! I jak zwykle przychodzi Pan George Washington musiał wychylić się zza skórzanego portfela… Ilością cudów, które wydarzyły się na ziemi od czasów wydrukowania pierwszego Dolara amerykańskiego, mogłaby się zainteresować “Papieska Komisja do spraw Cudów na Ziem”! Niestety, człowiek po takich akcjach to najwięcej pretensji ma do samego siebie. Taki jest spokojny, potulny, o usposobieniu niepoprawnego optymisty, a tu niemiłe faki lecą jeden za drugim. Nawet w Święta, człowiek jest tak sprowokowany do grzeszenia, że się później wstydzi za siebie, ale człowiek istota słaba, grzeszna, śmiertelna… Osz wy gnoje trutniowe!

Wydaje się, że trafiliśmy na Ometepe w dobrym czasie, jest rumor, że Chińczycy planują budowę konkurencyjnego (do Panamy) kanału, który właśnie ma prowadzić przez jezioro gdzie znajduje się Ometepe. Podobno jest to bardzo drogie (90 mld dolarów) i inwestycja ma się zwrócić po 140 latach, ale co tam dla Chińczyków. Spieszcie się zwiedzać Nikaraguę zanim ją zaorają!

Zostały nam dwa kraje do punktu milowego… Parku Narodowego Darien tzw. Darien Gap dzielącego Amerykę Centralną od Południowej (Panamę z Kolumbią), postrach zmotoryzowanych podróżników łuuuu. Gdzie kogo nie spotkasz to pojawia się jakaś nowa idea jak się przedostać do Kolumbii. Pomysłów na przeprawę tyle ilu podróżników. To na jachcie z motorem, to na statku kontenerowym, to na tratwie, to na kajaku, to samolotem, to promem (który splajtował rok temu)… Ale prawda jest taka, że koszty przeprawy są proporcjonalne do wyobraźni podróżników, czyli bardzo duże.

Droga poprowadzona w ocean w Panamie

Śmignęliśmy przez przepiękną Kostaryke, żeby jak najszybciej dojechać do Panamy i spotkać te wszystkie eskapady, zasięgnąć rad i organizować przeprawę do Ameryke Południowej. Wjechaliśmy do miasta, a tu zonk, ani nikogo na motorze, ani nikogo w samochodzie z zagranicznymi tablicami, parę plecakowców i tyle. Więc zaczęliśmy działać sami. Chodząc od Ajnasza do Kajfasza.

Pierwsze rozmowy z agentami statków cargo były załamujące! Koszt przeprawienia motoru do Kolumbii wyższy niż wartość motoru :-(. Nie da się targować, nie da się przegadać:
-Jak byście zamówili 50 kontenerów to możemy rozmawiać. Jak macie jeden motor to płacicie jak za jeden kontener!
I nic, dni mijają, kolejne rozmowy, nic a nic. Nawet zaczepianie ludzi nie pomaga. Wskoczyliśmy na motor i pojechaliśmy nad morze Karaibskie szukać jakiś pirackich statków, które by nas zabrały, a tu zamiast piratów, mnóstwo leni, którzy od razu mówią, że za mniej niż 4000 baksów się nie ruszą! Rejs miałby trwać 1.5 dnia… Spotkaliśmy wielu kapitanów i słyszeliśmy też wiele, obiecanki, cacanki a w sumie żaden z kapitanów nie jest nastawiony na fair play, tylko zdzierstwo! Wróciliśmy do miasta Panama i odwiedziliśmy stare miejsca i jest fart! Są podróżnicy! Razem w kupie udało nam się zgrać, załatwić kontener i papierologię, choć była to niezła walka z czasem i wszystkimi przeciwnościami losu jakie były możliwe w przeciągu 3 dni! Punkt kulminacyjny całej wyprawy! Po prostu szczyt!

No Comments

Leave a Comment