No to sruuu | Gwatemala – brama do Ameryki Środkowej
16525
single,single-post,postid-16525,single-format-gallery,ajax_updown_fade,page_not_loaded,,show_loading_animation,wpb-js-composer js-comp-ver-4.11.2.1,vc_responsive
  • Łatwo nie było
  • Buuuum!!!
  • Tikal, ruiny majów z 400 p.n.e
  • Relax w Monterrico
  • Semuc Champey

Gwatemala – brama do Ameryki Środkowej

Gwatemala to spokojny kraj. Od pierwszych minut przywitała nas swoim zwolniony i rozluźnionym stylem. Panowie na granicy powiedzieli, że jest OK wciskać się w kolejkę, że jest OK parkować byle gdzie, że wszystko jest po prostu OK, bądź maniana, to to samo. Nikt sobie w tak gorącym raju nie zaprząta głowy zasadami i porządkiem. No i bardzo dobrze!

Rozpoczęliśmy przygodę od odwiedzenia ruin stolicy Majów w Tikal ukrytych w gęstej dżungli tropikalnej. Kompleks rozprzestrzenia się na kilkanaście kilometrów kwadratowych i w krzakach znajdują się stare porośnięte mchem piramidy z czasów 600-900 p.n.e. Można było wspiąć się na najwyższą z nich, ponad koronami drzew i wsłuchiwać się w odgłosy dżungli i rozmyślać jak to kiedyś wyglądało za czasów świetności. Właśnie, ciekawi nas czy te cywilizacje były bardziej, czy mniej rozwinięte od teraźniejszej? Bo patrząc na społeczeństwo, większość ludzi na świecie i to jest fakt, żyje powiedzielibyśmy w stanie ubóstwa materialnego i w bardzo podstawowych warunkach. Im więcej podróżujemy tym więcej zauważamy, że jest mnóstwo krajów dopiero rozwijających się tak z prawdziwego zdarzenia. Nasz nocleg tego dnia był na posiadłości Frederika, który od wielu lat żyje używając wyłącznie wody deszczowej, bez prądu, internetu, kanalizacji, po prostu bez podstawowych “udogodnień” prawie jak na działce Las Vegas w Tarnowie Opolskim. Dobrze, że mamy namiot, bo rano Frederico znalazł skorpiona w swojej hacjendzie, z którego zrobił sobie wisiorek.

Ładny wisiorek

Nadszedł czas by się ruszyć w głąb kraju, przejechaliśmy przez Rio Dulce i gorący wodospad. Tak, tak gorący wodospad! Na łeb leciało 70 stopni Celsjusza, raj na ziemi bo czasami ciężko znaleźć hostel z ciepłą wodą! Wioseczki położone wysoko w górach, gdzie rzadko widywano turystów do Semuc Champey a później do Antigua, dawnej stolicy Gwatemali. Hmmm czy to burczenie brzucha? Nie cos jakby inaczej, czy to może współtowarzysz hostelowy wypuszcza odbytnicze gazy? Tak to gazy ale nie odbytnicze to wybuchy okolicznych wulkanów. Właśnie one oraz częste trzęsienia ziemi zrujnował wiele budowli w Antigle, których ruiny nadal stoją, góry się spiętrzyły a drogi zawaliły co spowodowało przeniesienie stolicy do innych miejscowości a ostatecznie do Ciudad de Guatemala
Antigua jest położona pomiędzy 3 wulkanami – Agua, Acatenango i el Fuego (Wulkan Ognia), który nadal jest aktywny oraz na pograniczu płyt tektonicznych. .

Ale jak będąc w takiej malowniczej miejscowości i patrząc z oddali na wulkany nie mieć chęci wejścia na jeden z nich?! Postanowiliśmy zbadać teren najpierw motorem, pech chciał, że złapaliśmy kapcia! Zajechaliśmy do pierwszego mechanika, który miał skręconą nogę i na siedząco chciał naprawić koło z motoru, ale gdy polał wodą oponę, stwierdził, że powietrze ucieka i nie da rady…! hmmm, że co?! OK, hasta la vista babe. Udało nam się znaleźć drugiego, który zawiózł Czarka swoim motorem do trzeciego mechanika, który w końcu załatał nam dętkę i gitara.

zmniejszone 3

Tak więc, kolejnego dnia postanowiliśmy, że podjedziemy na wulkan Acatenango, wysoki na 3976m, z którego widać aktywność el Fuego kurczako-busem, a nie motorem. Spotkaliśmy rodaka, Krzyśka, który pojawił się w tym samym hostelu i dogadaliśmy by wybrać się razem – w kupie raźniej i bezpieczniej, więc uzupełniliśmy zapasy i uzbrojeni w gaz, pałkę i nóż ruszyliśmy w drogę. A po co taka wyprawka? Naczytaliśmy się przewodników, które opisują, napady na turystów idących w góry bez przewodnika… Teraz śmiało możemy powiedzieć, że to ściema i pretekst aby płacić przewodnikom i to całkiem sporo, bo około 150 zł na osobę a i tak trzeba samemu tachać namiot, śpiwór, jedzenie, a szlak jest bardzo uczęszczany, wydeptany i nie da się zgubić… tylko jak my się tam umordowaliśmy idąc pod górę po bardzo stromym i sypkim żwirko-popiole!!! Jeden krok w górę, pół kroku zsuw w dól i tak 1600m, zajęło nam to ponad 5 godzin do obozu na noc, a wczesnym rankiem kolejną godzinę na sam szczyt. Czy wejdziemy na jakiś wulkan w przyszłości… prawdopodobnie nie! Choć widoki na pewno utkną nam w pamięci na zawsze. A wracając do kurczako-busa, porque? dlaczego? Są to stare amerykańskie autobusy szkolne, które odżywają tutaj w Gwatemali, przechodzą kapitalkę i lifting dlatego wyglądają świetnie, ale są tak uczęszczane, że ludzie są w nich ściśnięci jak kurczaki w hodowli.

Kurczako-bus

Kurczako-bus

 

Ostanie dni spędzamy na czarnej jak mak plaży w Monterrico i sruuu do Salwadoru.

No Comments

Leave a Comment