No to sruuu | Dlaczego tak długo?
16604
single,single-post,postid-16604,single-format-gallery,ajax_updown_fade,page_not_loaded,,show_loading_animation,wpb-js-composer js-comp-ver-4.11.2.1,vc_responsive
  • Zaczytany płetwonurek
  • Kermit i bałwanek na plaży w honduraskim Miami
  • Przyłapany koliber
  • Papugi ćwierkają, że pobudka
  • Będzie mandat, czy nie?
  • Znaleziska

Dlaczego tak długo?

Z góry zadane pytanie, chyba jesteśmy winni jakieś wyjaśnienia. No więc Ameryka centralna (a pewnie jak i wiele więcej innych regionów) zaskakuje i oczarowuje w wielu aspektach. Kiedy się nią już przemierza, co jeden kraj więcej to człowiek się bardziej zastanawia: Dlaczego to wszystko tak długo trwa?! Wpisali na Google Maps ile jest kilometrów z granicy USA do Panamy, wyszło tam z 6 tyś km, no to ciach podzielić na 300-400 km dziennie, dodać tydzień albo i dwa, jakby coś się wydarzyło (motór się popsuł czy coś), no to wychodzi 17 dni plus dwa tygodnie (maksymalnie) no to może z miesiąc. A my tu przez granicę z Meksykiem przejechaliśmy pod koniec grudnia, mamy koniec marca to już trzeci miesiąc jedziemy i nie 6 tyś km zrobiliśmy tylko 13 tyś!

Dlaczego to tak długo zajmuje? Choć pytanie jest tendencyjne, to odpowiedź jest jak najbardziej pozytywna! W Ameryce Centralnej jest tyle do zobaczenia, że ciężko się stad wydostać, tak jak widać na naszej MAPIE, większość tras w krajach to zakrętasy, każde miejsce ma swoją historię, kulturę etc etc. Jeśli macie robotę to się cieszcie, urlop z góry określony no to trzeba wracać, jeśli roboty nie macie to się pilnujcie, bo tutaj można się zestarzeć. Z tego co się rozglądamy po blogach podróżniczych to mamy podobne doświadczenia, to Vincent z Francji co miał takie założenie jak my (śmignąć do Ameryki Południowej) i już tez 4 miesiące tutaj się buja, to rowerzysta z Polski co kołuje z Alaski już 8 miesięcy, to kolejny Polak, co się mu już udało przedostać do Ameryki Południowej – chłopak dwa lata w podróży. Także, wszystko świetnie, wszystko fajnie…podróżowanie zajmuje czas.

No i przyszedł czas na Salwador (El Salvador, tak się nazywa…hiszpańskiego się uczymy :-)). Jedno z mniejszych Państewek Ameryki Centralnej, ale bujnie opisywany. Niekoniecznie pozytywnie, przed naszym wjazdem w USA pojawiły się artykuły, że Salwador zajmuje obecnie miejsce nr 1 na liście krajów niebezpiecznych dla Amerykańskich turystów (od 2010 roku 38 Amerykanów zamordowanych, 8 wyjaśnionych spraw), dzień później czytamy bloga o Amerykanach którzy mieli najniebezpieczniejszą podróż przez ten właśnie kraj. Jakie są fakty? Takie jakie doświadczenia indywidualnych podróżników, przeważnie skrajne. My tak tylko… strzeżonego Pan Bóg strzeże “przygotowaliśmy” się na ewentualności i przygody, i chyba mogę powiedzieć, że jesteśmy przygotowani nie gorzej niż ówczesne Zomo czy Policja Obywatelska, szczegółów nie podaje na wypadek gdyby nasz blog czytał jakiś zbir co siedzi przy drodze w krzakach z telefonem jeden klik od nas… a Facebooki to oni tutaj wszyscy mają…

Oczko w kraterze. Salwadror

Salvador ze względu na powyższe potraktowaliśmy jako tranzyt, 3 dni chyba, może dobrze może niedobrze warto by było każdy kraj wybadać pełną gębą, ale zrobimy dwie rzeczy za jednym zamachem, będziemy bezpieczni i trochę nadgonimy z czasem. Jak ktoś chce kilka ciekawostek to polecam poczytać o Wojnie Futbolowej Hondurasu z Salwadorem oraz dlaczego oficjalną walutą jest dolar Amerykański (cwane trochę) i jeszcze mają tanie arbuzy! Aha i jeszcze udało się nam rozbić kemping w kraterze nieczynnego wulkanu, co za przeżycie, w środku jest naturalny zbiornik wodny, woda czysta jak na Karaibach, aż chciałoby się wykąpać, tylko pewnie z orzeźwieniem zejdzie od razu cała skóra, błękitna woda która wali siarą bardziej niż stare Polskie tanie wina :-). Nie kąpaliśmy się.

Za to kąpaliśmy się w jednych z najbardziej przejrzystych wód, a gdzie? W Hondurasie – kto by pomyślał? Na pewno nie my! Ale od początku, Honduras przywitał nas pustynnym i suchym powietrzem, brakiem jakiejkolwiek bryzy, nawet podczas jazdy motorem z nas parowało. Ponadto korki i ruch w stolicy kraju – Tegucigalpie zabrały ostatki powietrza. Zatrzymaliśmy się w galerii handlowej i tam przesiedzieliśmy ze dwie godziny aby odpocząć w klimatyzowanym pomieszczeniu. Postanowiliśmy nie marnować czasu na zwiedzanie miast i już kolejnego poranka wyruszyliśmy w stronę Morza Karaibskiego.

Zaczytany płetwonurek

Dotarliśmy na wyspę Utila, która co ciekawe była jedną z pierwszych wysp, na których nogę postawił Krzysztof Kolumb, gdy odkrył Amerykę, a później została kolonizowana przez piratów z Europy. Obecnie jest w dużej części nadal zamieszkiwana przez rodziny pochodzenia brytyjskiego. Mężczyźni przypłynęli do pracy przy wycince drzew a później się tutaj osiedlili.

Aby eksplorować wyspę i penetrować rafę koralową wzięliśmy kajak i sprzęt i wyruszyliśmy w drogę… raczej w morze. Mozolne wiosłowanie i machanie płetwami zajęło nam większość dnia, pokonaliśmy około 3 mil morskich (5.5km) by dostać się na wysepki oddalone od głównej wyspy, ale dopłynęliśmy prawie do równie pięknego miejsca jak zamierzaliśmy… z tym, że spowrotem zerwał się wiatr i Posejdon posadził nasz kajak na dach tuk-tuka…

Posejdon dał znak, że już wystarczy tego kajakowania i trzeba wracać do domu

Kolejnego dnia popłynęliśmy motorówką prosto na rajską wysepkę Water Cay i Jewel and Pigeon Cay… tylko 10 minut nam zajęło aby się tam dostać!!! A takie zakwasy kolejnego dnia po kajakowaniu mieliśmy… ehh. Europejskie świadectwo zobaczyliśmy na własnie na jednej z wysepek, gdzie mieszka 500 mieszkańców i jest 5 kościołów! Także było to dla nas zaskoczeniem, gdy zobaczyliśmy lokalsów, którzy nie byli Latynosami i usłyszeliśmy jak mówią po angliesku z brytyjsko-szkocko-duńsko-hiszpańskim akcentem – to akurat żart, ale ich akcent na prawdę się wyróżniał i ciężko było ich zrozumieć.

Po byczeniu się na plaży przyszedł czas powrotu i uwaga, pobiliśmy rekord!!! Przejechaliśmy 500 km jednego dnia! Sypnęliśmy dystans od Morza Karaibskiego prawie do Pacyfiku, nie było to proste, ale było to bardziej atrakcyjne niż spanie w zapizialej norze, prowadzonej przez wrzeszczących na nas Chińczyków, gdzie ceny za pokój były cenami za godziny :).

3

Comments

Leave a Comment