No to sruuu | Dhaka. Powitanie w Bangladeszu
14957
single,single-post,postid-14957,single-format-gallery,ajax_updown_fade,page_not_loaded,,show_loading_animation,wpb-js-composer js-comp-ver-4.11.2.1,vc_responsive
  • Pierwsze w chwile w stolicy
  • Ulice Dhaki

Dhaka. Powitanie w Bangladeszu

Dolecieliśmy, 2 godziny spóźnienia, burza przy starcie pioruny błyskają z lewej i z prawej, co może się jeszcze zdarzyć? Można zwyczajnie spóźnić się na samolot. Nie wiemy dlaczego założyliśmy, że jeśli samolot się spóźnia to też opóźnia się odprawa? Do pionu postawiła nas wiadomość na monitorze “Check-in closed”… no i odprawiliśmy się po zamkniętej odprawie. Bardzo miła obsługa, tylko kazali tak więcej nie robić! Obiecaliśmy, że to się więcej nie powtórzy :). Trochę nas Pani z obsługi nastraszyła, że możemy mieć problemy z dostaniem wizy na lotnisku, ze względu na to, że nie posiadamy biletów powrotnych, a z Azji zwijamy się za jakiś czas nie bardzo wiedząc z jakiego kraju i czy drogą powietrzną, czy lądową. Gdy wylądowaliśmy w Dhace, okazało się, że strach był nad wyraz, obsługa bardzo miła, nauczono nas powitania bo bengalsku, które z miejsca zapomnieliśmy. Po wizę na lotnisku ustawiło się może z pięć osób, dobry znak im mniej takich jak my, tym lepiej! Jedyną niespodzianką była cena wizy, która była wyższa niż oczekiwana, 101 dolarów i 50 groszy za dwie sztuki. Pięćdziesiąt groszy kolekcjonerskie dla Pana z kasy.Pieczątki przybite i czekamy z komarami na odbiór bagażu.

Cena wizy, która były wyższa niż oczekiwana, to 101 dolarow i 50 groszy za dwie sztuki. Pięćdziesiąt groszy kolekcjonerskie dla Pana z kasy.

No to wychodzimy z lotniska, wspominając nasz pierwszy przylot do Indii, gdzie zdezorientowani i powaleni innością tego kraju, chcieliśmy jak najprędzej dostać się do hotelu, co się i tak nie udało… Myśleliśmy sobie “Wiadomo, drugi raz to już nie to – jesteśmy PRO”. Z tego względu tym razem chcieliśmy udokumentować nasze emocje i wrażenia. Gdy mijamy drugi checkpoint policyjny, chowamy aparat i kamerę spowrotem do plecaka, wszystkie zamki dopinamy na maksa – rozpierdolnik w pełnym tego słowa znaczeniu. Nic dodać, nic ująć.

Przestudiowaliśmy wyjścia z lotniska na mapie i wychodzimy bocznym wyjściem. Tak jak w Delhi, sprawiamy wrażenie, że wiemy gdzie jesteśmy i dokąd idziemy. Nasza wypracowana metoda uśmiechania się i udawania, że nie rozumiemy po angielsku, zdaje się działać. Mówiąc szczerze, bez ściemy pierwsze 100-200 metrów daje wrażenie jakby miał tu miejsce jakiś lokalny konflikt, ryksza na rykszy, tuk tuk na tuk tuku. Ludzie czekają przy płotach lotniska na całej szerokości wyjścia, patrząc się na Ciebie… Dziesiątki oczu czekających aż Ty przekroczysz bezpieczne bramy lotniska. Człowiek się zastanawia, dlaczego Ci ludzie chcą się dostać na lotnisko o tej porze (było około 22)? Tylko, że oni się nigdzie nie wybierają, czekają na turystów i innych obcych ludzi, którzy możliwie, że hojnie coś podarują. Jesteśmy atrakcja dla wszystkich, włączając patrole policyjne, te akurat wzbudzały zaufanie, broń maja do obrony a nie ataku.

Sprawiliśmy wrażenie pewnych siebie, co potwierdził fakt, że zaczepiło nas tylko kilka osób, jesteśmy na zewnątrz. Ulicą spaceruje się trochę łatwiej, przy przygaszonych latarniach nie rzucamy się tak w oczy. Żołądek trochę podszedł do gardła, ale czujemy, że to jest to miejsce do którego chcieliśmy trafić. Widok jest nieprzeciętny, na ulicach tłumy ludzi, każdy gdzieś idzie, jedzie, kupuje, sprzedaje. Bangladesz jest 8 państwem na świecie, co do za(prze)ludnienia i to widać na pierwszy rzut oka. Tysiące ludzi dokądś zmierza. Autobusy wygladają jak poobijane puszki po konserwach, ryksze, tuk tuki i samochody wcinają sie miedzy nie, ruch nie ustaje. Wszyscy trąbia, po co tyle trąbić?! Dużo kurzu. To są prawidziwe ulice Dhaki. Ciekawe jak to wszystko wygląda za dnia… 🙂

Tags:

No Comments

Leave a Comment